Zachód magazyn kobieta

Dziki Zachód? Poszukiwanie ślubnych inspiracji to wspaniała przygoda. Dlaczego by więc nie sięgnąć do amerykańskiej kultury, szczególnie gdy uwielbiasz oglądać westerny? Jesteśmy za! Kobiety są słabe, bezbronne, uzależnione od mężczyzn, skazane na ich łaskę... Samantha Kincade robi wszystko, co może, by nie mieć nic wspólnego z takim - powszechnym na Dzikim Zachodzie - wizerunkiem kobiety. Od wielu lat ukrywa się pod męskim przebraniem Kobieta na Dzikim Zachodzie, odc. 1/13 Pioneer Woman. magazyn kulinarny USA 2015-2016, 25 min Ree Drummond jest autorką bestsellerowej książki kucharskiej. Udało jej się znaleźć sposób na to, by prowadzić ciekawe życia na rancho. Magazyn korzystał z osiągnięć doskonałych polskich plakacistów, których prace były doceniane nie tylko na terenie kraju. Twórczy duch, który towarzyszył „Ty i Ja”, nie był już obecny w późniejszych kolorowych czasopismach drukowanych na lśniącym, cienkim papierze, opatrzonych dobrej jakości fotografiami. Salma Hayek nie przestaje zaskakiwać. Światowej sławy aktorka ostatnio świętowała 54. urodziny. Z tej okazji opublikowała w mediach społecznościowych kilka słonecznych kadrów. Wielu ... Kobieta na Dzikim Zachodzie, odc. 10/13 Pioneer Woman. magazyn kulinarny USA 2014, 25 min Widzowie wybiorą się na wycieczkę do regionu Wielkich Równin, który gospodyni programu - Ree Drummond i jej pracowita rodzina - nazywają domem. Dawniej kobieta mieszkała w wielkim mieście, teraz przeprowadziła się na farmę. Do pożaru samochodu doszło we wtorek rano na odcinku S8 między węzłami Warszawa Zachód i Aleje Jerozolimskie. - Zgłoszenie odebraliśmy o godz. 4:10 - mówi 'Stołecznej' dyżurny ...

Tylko frajerzy wierzą w demokrację. Ziemowit Szczerek podróżuje po Rosji.

2016.09.13 11:42 ben13022 Tylko frajerzy wierzą w demokrację. Ziemowit Szczerek podróżuje po Rosji.

Geopolityka przeżywa swój renesans - można zacząć się martwić o losy świata. W Rosji zieje z każdej strony. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej Jadę z Sankt Petersburga na południe, do Nowogrodu Wielkiego. Dawnej stolicy nowogrodzkiej Rusi, kupieckiego państwa, które w obiegowej opinii robi za coś w rodzaju rosyjskich demokratycznych Aten - zakładając, że Moskwa to zamordystyczna, wojskolubna Sparta.
"Co by było, gdyby to Nowogród zjednoczył Ruś, a nie Moskwa?" - to jeden z ulubionych rosyjskich tematów rozważań "co by było, gdyby". Coś jak polskie "co by było, gdyby Polska wygrała z Hitlerem w 1939 roku?" czy "co by było, gdyby nie było zaborów?".
Nowogród, piszą jego apologeci, był republiką. Bogatą i cywilizowaną, w której już w XV wieku działały wodociągi, a poziom analfabetyzmu był niski jak nigdzie indziej w szeroko pojętej okolicy. Mieszkańcy nie mówili o nim po prostu Nowogród, nazywali go Nowogrodem Wielkim. Albo nawet Panem Nowogrodem Wielkim.
Jego obywatele byli handlarzami kontaktującymi się ze spokojną, rzeczową Skandynawią, a nie zdobywcami z rozmytych granic azjatyckich pustkowi. Gdyby to Nowogród podbił Moskwę, Rosja byłaby innym krajem. Tak się mówi. Wolnym, silnym i odpowiedzialnym.
Ale tak nie było. Nowogród czuł na plecach, od wschodu, coraz gorętszy oddech rosnącej w siłę Moskwy. Słyszał powarkiwania. Próbował się ratować, między innymi zwracając się o pomoc do polsko-litewskiego państwa, ale nic z tego nie wyszło - w 1478 roku armie Iwana III Srogiego zdobyły miasto i zniosły jego ustrój. Niecałe 100 lat później Moskwa zadała drugi cios: Nowogród najechał kolejny Iwan, tym razem Groźny, masakrując mieszkańców.
To był koniec bałtyckiej, zamożnej Rusi.
Autobus nazywa się Golden Dragon. Wolno się wlecze przedmieściami Petersburga, a ja patrzę, jak faceci z elektrycznymi kosiarkami ścinają trawę przy świeżutkich chodnikach. Jadę i patrzę na kraj wyasfaltowany, przystrzyżony i wymalowany grubą warstwą farby - bo w ten sposób, od Mołdawii, przez Ukrainę i Białoruś, po Rosję - przeprowadza się rewitalizację. Tak działa słynny deal władzy z ludem: my dajemy wam poczucie, że dbamy i się opiekujemy, a wy nie ładujecie się nam do poważnych spraw, między polityczną wódkę a gospodarczą zakąskę.
W autobusie czytam książkę, którą kupiłem na dworcu. O geopolityce, bo teraz wszyscy w Rosji interesują się geopolityką. Nie tylko w Rosji zresztą.
A gdy geopolityka przeżywa renesans - można zacząć się martwić o losy świata. W Rosji geopolityka zieje z każdej strony: z wystaw księgarni, z rozmów w kawiarniach. To, co kupiłem, to geopolityka dość brukowa, by nie powiedzieć - szmatława. Autor nazywa się Nikołaj Starikow i chciałem go poczytać, bo z tego, co wiedziałem, reprezentuje punkt widzenia przeciętnego taksówkarza, urzędnika, efesbeka, emeryta - czy innego speca od geopolityki, historii i ekonomii.
Geopolityk Starikow pisze na przykład tak: "Geopolitycznych graczy na planecie jest czworo: USA plus Wielka Brytania (Anglosasi), Europa z Niemcami i Francją na czele, Chiny i Rosja. Światowy hegemon właściwie podporządkował sobie wszystkich Europejczyków, których suwerenność jest skrajnie ograniczona. Amerykańskie bazy wojskowe w Niemczech stoją jak wkopane w ziemię, podczas gdy nasza armia z Niemiec już dawno wyszła. Przed kim USA bronią dziś Niemców? Przed Polską, członkiem NATO? A może przed członkiem NATO - Francją? Odpowiedź jest oczywista: armia USA chroni w Niemczech interesy USA".
  • Dziesięć minut przerwy! - ryczy szofer i zatrzymuje się na parkingu pod motelem połączonym z restauracją.
Chcę skorzystać z restauracyjnej toalety, ale komisyjnie odmówiono wydania mi klucza, bowiem kupiłem tylko pierożek z grzybami, a to za mało, by stać się pełnoprawnym klientem. Zasugerowano toaletę publiczną bądź krzaki. Zlitowano się jednak w końcu nade mną, dała o sobie znać słynna rosyjska dusza, i wpuszczono.
Sikam, patrząc to na wszechrosyjski napis upraszający klientów o niewrzucanie zużytego papieru toaletowego do sedesu, to na stojące obok pudełko pełne obesranej bumagi.
W Nowogrodzie świat już inny. Tu już nikt nic nie kosi ani nie maluje, a bloki się rozłażą jak wszędzie w Poradziecji. A w powietrzu unosi się ciągłość. Przy ul. Petersburskiej wznoszono taki sam budynek jak te z 50. i 60. lat, które stały obok. Z jednej strony stoją dźwigi, z drugiej na balkonie wisi już pranie, a starsza kobieta idzie w stronę drzwi objuczona siatami, jak było przed wiekami, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
W miejskim autobusie jakaś pani ochrzania bileterkę, że zbyt szybko do niej podeszła.
  • Jeszcze nie usiadłam! - krzyczy.
Bileterka cichym, nienawistnym głosem informuje ją, że jest głupia i że jeśli biletu nie kupi, wezwie policję. Po chwili na bileterkę wrzeszczy cały autobus. Kierowca nie określa się po żadnej ze stron: co jakiś czas wychyla głowę z szoferki, krzycząc, że ma kij i zaraz może go użyć.
Facet, który zagadnął mnie w autobusie, widząc, że czytam Starikowa, ma na imię Dima. Zagadnął, bo sam też czyta Starikowa. I się z nim entuzjastycznie zgadza. Stereo: Starikow pcha mi się do głowy przez oczy, a Dima przez uszy. Wysiedliśmy, a on ciągle opowiada. Że wszystkie te "gówniane wartości", którymi kieruje się Zachód, to gra. Dima twierdzi, że przeznaczeniem Rosji jest porozumienie z Niemcami i Chinami, i wspólne rzucenie wyzwania USA.
Dima gada i gada, a ja zapytałem go o Nowogród: czy nie szkoda mu, że podbiła go Moskwa? Historia mogła być zupełnie inna.
Dima mruga oczami i ścisza głos. - Moskwa celowo próbuje upokorzyć Nowogród - syczy. - Żeby jego potęga już nigdy nie wzrosła!
  • Serio? - pytam, patrząc na Dimę, obawiam się, jak na idiotę.
  • Jasne! - odpowiada. - Zobacz, jaka tu bieda! I jak trudno dojechać, mimo że Nowogród przy głównej drodze Petersburg - Moskwa! A do Moskwy jeden pociąg, do Pitra kilka, kilka autobusów na krzyż... I teraz my - biedna, mała prowincja, a Moskwa - ot, stolica! Ale, przyjacielu, Moskwa trzyma nas pod butem, bo się nas boi!
  • Ale - pytam skołowany - czego się boi? Tradycji nowogrodzkiej demokracji?
Teraz Dima patrzy na mnie jak na idiotę.
  • Jakiej, nachuj, demokracji? - pyta. - Ty co, frajer, że w demokrację wierzysz?
Dima poszedł, a ja zostałem z tą jego spiskową teorią, w którą, jeśli się wprawiło mózg w tryb działania lekkiej paranoi, można było nawet od biedy zacząć sobie powierzywać.
Bo jeśli patrzeć na wszystko tak, jak patrzą zwolennicy spisków, to na przykład tak: najprostsza droga z dworca na kreml, symbol nowogrodzkiej potęgi, zastawiona jest wielkim obeliskiem z moskiewskim dwugłowym orłem na czubku. Pomnik wojennej sławy. Wokół niego poustawiano płaskorzeźby pokazujące wszystkie historyczne momenty, w których Nowogród przelewał krew: od odparcia wojsk włodzimiersko-suzdalskich, bitwę Aleksandra Newskiego z Teutonami na jeziorze Pejpus, przez opołczenie przeciw Napoleonowi, aż po wyzwolenie z rąk niemieckich w czasie II wojny. O masakrze z rąk któregokolwiek z Iwanów - ani słowa.
  • Przypadek? Nie sądzę - szepcze mi w mózg mój wewnętrzny Dima, a z głośników zamontowanych na pomniku sączy się wojenna rosyjska opowieść o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej.
Kreml jest odpacykowany i wygląda jak mumia umarłego państwa wystawiona turystom na żer. Przeszedłem przezeń i idę za rzekę, w stronę dzielnicy, która w starym Nowogrodzie była jego handlowym centrum. Teraz są tam park i niewielkie domki. Wołchow, rzeka, gigantyczna, wielka, jak muskularne ramię. Na moście stoi kilku starszych facetów i łowi ryby. Pytam o Nowogród.
  • Chujogród! - wrzeszczy jeden z nich. - Chujogród Wielki!
  • Pan Chujogród Wielki - dodaje drugi, spokojniej nieco.
  • Kradną na potęgę, nic się nigdy nie zmieni w tym jebanym kraju!
  • W ZSRR wszystko było super - dodaje drugi, bardzo spokojnie. - W kosmos ludzi puszczali, małpy puszczali, psy nawet puszczali, a teraz co - w 20 lat wszystko w pizdu rozjebali...
  • Tak tylko pytałem - mruczę i idę dalej.
Pani Wiera prowadzi galeryjkę z lokalnymi ozdobami bazującymi na tradycyjnej sztuce.
  • Nasze ozdoby są podobne do wikińskich - mówi, pokazując mi pierścienie, które sama zrobiła. - O, wzory, motywy. Tu - nasz statek. Jak drakkar, prawda? A tu...
  • ...nie da się ukryć, że swastyka - mówię.
  • A tak. Motyw solarny. Tradycyjny. Nasza sztuka wyraźnie odróżnia się od reszty Rosji. U nas była republika. Hanza, Skandynawia...
  • No właśnie - przytakuję. - A potem przyszła Moskwa i podbiła. Nie szkoda?
Pani Wiera zwraca na mnie oczy błękitne jak tysiącrublowe banknoty.
  • Ale za to teraz jedna Ruś. Święta - mówi. - A stolice? Ot, zmieniają się.
W Nowogrodzie jeszcze kilka razy się dowiaduję, że wszyscy politycy, włącznie z Putinem i Miedwiediewem, to suki i że Rosję sprzedali, a kiedyś to były rakiety, potęga i wakacje na Krymie. Teraz Krym, mówią, niby nasz, ale nie ma za co tam jechać.
Chodzę po mieście. Wygląda tak samo jak inne miasta w tej części świata. Rosja spóźniła się nieco na nowoczesność - jakieś 100 lat. W czasie, gdy w Europie powstawały wielkie kwartały mieszczańskich kamienic, w Rosji - niewiele. Cywilizacyjny ciąg, który wyssał chłopów z chat i ściągnął do miast, miał miejsce dopiero w ZSRR, i to dopiero wtedy powstały wielkie kwartały. Jednak już nie kamienic, ale bloków. Ale zawsze, czy to w XIX, czy w XX wieku - choćby Dima i Starikow zaprzeczali, ile chcieli - to Zachód był punktem odniesienia. Bo innego po prostu nie było.
Chodzę więc po mieście, które już widziałem wiele razy: na Ukrainie, w Mołdawii, na Białorusi. Z nudów czytam szyldy: Wielkoljuksnyj Miasokombinat, Staryj Zamok.
Szyld knajpy Staryj Zamok przedstawia nie lokalną wersję zamku, ale zachodnią, z gzymsami i wieżycami, z sinymi, a nie czerwonymi cegłami jak w kremlach. Napis jest stylizowany na gotyk, a nad wszystkim stoi rycerz ,nie ruski woj.
Wracam pociągiem. Siedzenie za mną kokoszą się jakieś dwudziestoparoletnie Szwedki czy Dunki, które nabijają się z brzmienia języka rosyjskiego. Najwyraźniej się go uczą. "Żyzń" - powtarzają, chichocząc. "Russkij", "Charaszo", "Koszka, katora żywiot w ogorodie".
Patrzę na rozwłóczenie za oknem i nie mam już siły na Starikowa. Wyciągam "Krutyje gorki XXI wieka" Dmitrija Trawina, liberała z petersburskiego uniwersytetu.
Trawin postuluje coś odwrotnego niż Starikow: skumać się nie z Chinami przeciwko Zachodowi, ale z Zachodem przeciwko Chinom. I przyjmować nie chińskie wartości i chińską dominację, ale wartości zachodnie. Trzeba demokratyzować, bo tylko demokratyczna kontrola skutecznie zwalcza korupcję i patologię. Trzeba brać pod uwagę emancypację kolejnych grup i dostosowywać do tych zmian strategię państwową, a nie szczuć konserwatyzmem.
Za oknami od czasu do czasu pojawiają się wysuszone chaszcze barszczu Sosnowskiego, wielkie jak rośliny z triasu czy jury.
Wysiadam w Petersburgu na Moskiewskim. Gdy tylko wychodzę z dworca, wali mnie w nos zapach taniego i tłustego żarcia i na pełnej prędkości wjeżdża we mnie na deskorolce hipster z wąsami podkręconymi jak kajzer Wilhelm.
Na drugi dzień rano znów jestem na Moskiewskim, a w ręce mam bilet na "sapsana" do stolicy. Te "sapsany" to duma Rosji: szybkie, bezszmerowe, windy do przemieszczania się pomiędzy dwiema stolicami Rosji, poza którymi zresztą spora część ich mieszkańców nigdy nie była.
Mieszkańcy prowincji pomiędzy Moskwą a Petersburgiem długo nie mogli do tych "sapsanów" przywyknąć - ludzie, jak zawsze, przechodzili przez tory, tylko nie zawsze udawało im się uciec przed czymś pędzącym 250 kilometrów na godzinę. Były ofiary, a "sapsany" nie zawsze zatrzymywały się na miejscu wypadku. Podobno dlatego, że "i tak nie miało to sensu".
Zdarzało się więc, że ludzie atakowali pociągi: tłukli szyby kamieniami i drągami, obrzucali pomidorami. Tak samo jak w Anglii atakowano pierwsze kopcące i wyjące lokomotywy.
Czekając na "sapsana", patrzę, jak podoficer ustawia świeżych rekrutów w dwuszeregu. Nadrabiają minami, ale wyglądają na wystraszonych. Prawie dzieci, każdy w ciemnooliwkowym mundurze, z czarną torbą na ramię. Podoficer też gówniarz i ma podobny mundur, tylko na ramieniu torebkę na pasku, którą we wschodniej Europie chętnie noszą faceci, żeby im portfel i klucze kieszeni nie wypychały. Podoficer odchodzi kawałek, rozmawiając przez telefon, a do oddziału podchodzi pijany facet, niosąc w ręce butelkę z ice tea, mruganiem dając do zrozumienia, że sama ice tea to to nie jest. Chłopaczki odganiają go, zerkając na podoficera.
  • Gdzie jedziecie? - pyta facet, sam popiwszy z butelki. - Na wojnę pewno, chłopaczki, na wojnę. Szkoda żyć waszych młodych...
  • Na jaką wojnę? - odburkuje mu któryś z poborowych. - Idź, ty pijaku, na chuj...
"Sapsan" jedzie. O rany: wagonowi w eleganckich szarych mundurach i białych rękawiczkach. Podają paniom rękę, gdy wchodzą na stopień. Tak, to Rosja taka, jaką sama bardzo by chciała siebie widzieć.
Jest w tym wszystkim coś XIX-wiecznego. Steampunkowy konserwatyzm, nawet jeśli entourage mocno nowoczesny. Po wagonach chodzą oficerowie w odprasowanych mundurach i biznesmeni. Kręci się pachnący młody pop o budowie i urodzie hipstera z reklam H&M w wystających spod habitu jasnych dżinsach i drogich, białych mokasynach. Przez głośnik ciepły głos informuje, że dzieci najlepiej trzymać na rękach, żeby nie zapominać bagażu i w ogóle uważać.
Facet, który rozłożył obok mnie laptop, wydzwania do Hiszpanii po "dużą partię" jakichś paneli, oficerowie wytwornie kozakują do bizneslejdis. Na pociągowych ekranach radziecki film "Razwiedcziki".
Czytam Trawina. Pisze, że Zachód chętnie "oddałby Rosji Ukrainę", tylko mu głupio, bo ta, brocząc majdanową krwią, sama mu się wpycha na salony. Patrzę przez okno na krajobraz, ale nie jest to krajobraz Rosji właściwej, jej centrum cywilizacyjnego. Petersburg powstał za późno, na ugrofińskiej ziemi.
Mam wrażenie, że chcąc zobaczyć obszar odpowiadający polskiemu jądru, terenowi między Krakowem a Warszawą, musiałbym jechać do Moskwy z Kijowa. Patrzę tymczasem na krzepkie lasy, na rzadko porozrzucane osiedla. Elegancki pociąg jadący przez przestrzeń z perspektywy Europy będącą końcem świata. W zachodniej części kontynentu - ba, nawet środkowej - nie ma już tak pustych przestrzeni.
Czytam Trawina: przewiduje powstanie w tym miejscu "międzynarodowego megaregionu", który miałby obejmować Moskwę, Petersburg, Helsinki i Tallinn. Taki megaregion przyciągnąłby zagraniczne inwestycje, pojawiłaby się sieć szybkich połączeń etc. A gdy w Rosji nastanie "normalna władza", to ten megaregion stanie się stymulatorem dla reszty Rosji.
Trawin, liberał, w ogóle nie bierze pod uwagę, że zmilitaryzowana i skorumpowana Rosja, której nie lubi i którą krytykuje, mogłaby zaatakować Zachód. Uważa, że władza próbuje nadal mościć się jak najwygodniej i przez zapewnianie obywatelom jakich takich warunków życia szukać ich poparcia. Uważa, że Rosji nawet się nie opłaca wprowadzać oficjalnie wojsk do Ługańska i Doniecka, bo ściągnie to dalsze sankcje i popsuje relacje z Zachodem.
"Pociąg zbliża się do Moskwy, stolicy Rosji" - odzywa się nagle głos z głośników. Oficerowie mają takie miny, jakby tylko siłą powstrzymywali się od salutowania.
Wysiadam z metra na Czystych Prudach i o mało nie wpadam pod konia, na którym jedzie dziewczyna w przebraniu prasłowiańskiej wojowniczki z dzidą. Plenerowy pokaz rekonstrukcyjny pod tytułem "Bohaterowie ruskich bylin".
Patrzę, jak Rosja wyobraża sobie słowiańskość, i za nic nie przypomina to wyobrażeń Polaków. Żadnych bosych pierdołów z żółtymi wąsami i fryzurami á la Piast Kołodziej. Bardziej przypomina to Madziarów z ich spiczastymi czapkami i zawiniętymi noskami butów, w skórzanych kubrakach i z zakrzywionymi szablami.
A poza tym - Moskwa się amsterdamizuje. Całe miasto pogrodzone budowami, na których pracują głównie ludzie z Azji Środkowej. Wyznaczają ścieżki rowerowe, którymi jeżdżą nieliczni rowerowi hipsterzy. Ulice wyremontowane, a chodniki - asfaltowe. Szyldoza - mocno ograniczona. Kamienice - wyremontowane.
Moskwa jest ładna. Tylko gdzieniegdzie widać pomniki trudnej przeszłości, mastodonty z lat 90., tandetne centra handlowe, które popowstawały w czasach, gdy świętości na jakiś czas przestały istnieć i przestrzeń publiczną można było sobie kupić, jeśli miało się kasę.
W sumie się dziwię, że nikt nie postawił takiego - na przykład - domu towarowego Nautilus, przypominającego morskiego potwora narysowanego przez dziecko, na placu Czerwonym albo nie urządził butiku w mauzoleum Lenina.
No i jest wszystko. Na Nikołajskiej można na przykład zjeść "japońskie bliny". Reklama domu handlowego kusi "mediolańskimi cenami", a nieopodal włóczy się półnagi i wytatuowany zieloną farbą mużyk w klapkach.
Carskość miesza się z radzieckością, nowobogackość - z hipsterskością i żulerką. Na placu Czerwonym, zaraz obok "zerowego kilometra", od którego liczy się wszystkie odległości w Rosji, siedzi bardzo dobrze ubrana kobieta i żebrze, kryjąc się za wysadzanymi kryształkami czarnymi okularami. Ma głupkowaty uśmiech i nie wiem, czy to faktycznie jakaś życiowa tragedia, czy gra dla znudzonych życiem milionerów.
Przed luksusowym hotelem nieopodal stoi portier w liberii ociekającej złotem tak suto jak radziecki generał orderami. Ale buty ma tanie i przykurzone.
Zaraz za hotelem zaczyna się narysowane miasto: cały kwartał obwieszony płachtami, na których namalowano fasady zakrytych przez nie kamienic. Wygląda to surrealistycznie i niesamowicie.
W środku tego wszystkiego siedzi Kreml - jak miasto w mieście. Jak średniowieczny zamek, w którym, jak w bajkach, żyje król odgrodzony od świata murami, wokół których rozpościera się miasto. Bzyczące, szumiące, westernizujące się, leżące w samym środku pustki.
Mieszkam na Czystych Prudach i codziennie wracam do hostelu przez słowiańską starożytność. Przechodzę pomiędzy poustawianymi na chodniku słowiańskimi demonami i bożkami, światowidami i smokami, które stoją pod kolejnym potworem z lat 90. noszącym dumną nazwę Czistyje Prudy Biznies Cientr.
Upał jak diabli. Gdzieś z głębin Syberii, rozgrzanej latem jak kamień włożony do pieca, bucha na Moskwę żar. Niebo co noc jarzy się pomarańczowo.
Wieczorami miejscowe knajpy zaczynają szaleć. Gra muzyka, a przez tłum ludzi palących papierosy na chodnikach i ulicy wolno przejeżdżają samochody.
Siedzę na piętrze w hostelu i patrzę na wszystko z góry. Albo schodzę na dół, przed hostel, gdzie co wieczór popija whisky prosto z butelki ten sam skład: Misza z Sachalinu, Artiom z Kaliningradu i Żenia z Dniepropietrowska.
Misza z Sachalinu rapuje (o tym, że z końca świata przyjechał tutaj, do centrum świata), a Artiom, z drugiego końca nieskończonej Rosji, robi ustami bity. Żenia pali jointy i średnio się przejmuje faktem, że zaraz obok jest posterunek milicji. Narzeka, że "junta" w Kijowie przemianowała mu miasto na "Dnipro", ale on i tak będzie mówił "Dniepropietrowsk".
Wszyscy przyjechali tu szukać pracy i pomieszkują w hostelu tymczasowo. Mówią, że wszystko w Rosji się zmienia. Że policja nie bierze łapówek. No, prawie nie bierze. Że za mniejsze rzeczy jeszcze można się za kasę wymigać, ale za grubsze już nie. Sama policja też już inna niż ta stara, radziecka: nie ma już czap XXL i brzuchów opatulonych mundurem ze ściągaczem; gliniarze chodzą po ulicach w czarnych kombinezonach i czarnych beretach. Sporo z nich jest Kaukazczykami i w tych strojach kojarzą się z wojskiem jakiejś południowoamerykańskiej junty.
Dmitrij, dziennikarz, który kiedyś był opozycjonistą, a później przeszedł na ostry proputinizm, mówi, że przejrzał na oczy. Spotkaliśmy się przy stacji metra Nowokuznieckaja, w otoczeniu knajp i ulicznych grajków. Mówię mu, że Moskwa stała się fajnym miastem. Macha ręką. Fajnie, mówi, że się buduje, że się naprawia, ale po cholerę te pedalskie ścieżki rowerowe?
  • To jest sprawka pieprzonych liberałów!
  • Jakich liberałów? - dziwię się. - Przecież to nie liberałowie rządzą w Moskwie!
Dmitrij patrzy na mnie dziwnym wzrokiem.
  • Z otoczenia Putina - odpowiada. - Źle mu doradzają. Po co w Moskwie ścieżki rowerowe, jak zima większość roku? Tu autami się jeździ.
Zaprasza do domu. Jedziemy metrem. Dmitrij śmieje się z tych, którzy opowiadają niestworzone, jak mówi, rzeczy o Rosji jako o siedzibie zamordyzmu i autorytaryzmu. Opowiada o bezdusznych liberałach, którzy w Moskwie wyburzają stare budynki, zostawiając tylko fasady - a on jest romantykiem i stare budynki kocha. Opowiada też o Katyniu. Stalin - jak twierdzi - kazał wymordować polskich oficerów dlatego, że bał się powtórki z historii Legionu Czechosłowackiego, który w czasie rewolucji woził się po całej Rosji i kontrolował, co chciał.
Przeopowiada tak całą drogę, wszystkie stacje i przesiadki, aż w końcu stajemy pod starą chruszczowką na podmoskiewskim osiedlu.
  • No. Teraz będziesz mógł napisać, że proputinowski propagandysta żyje bardzo źle.
Ale źle nie jest. Mieszkanie, choć skromne, całkiem przytulne. Wygląda jak stereotypowe mieszkanie radzieckiego - albo poradzieckiego - intelektualisty. Ściany zawalone książkami, mała kuchenka i stół w dużym pokoju, przy którym pijemy wódkę.
Jemy gotowane ziemniaki, kiszone warzywa i galaretę, a Dmitrij mówi, że Zachód musi paść, bo nie ma już w nim religii, a bez religii i płynących z niej wartości padnie nawet ekonomia.
Pijemy, a on atakuje. Głównie Zachód. Robi to w sposób charakterystyczny dla populistycznych harcowników. Albo myśliwych polujących na mamuta. Uderza w dobrze zidentyfikowane słabe punkty, a potem nie czeka na ripostę, tylko odskakuje - i atakuje kolejny punkt.
Interwencja w Libii, w Iraku, w Kosowie.
Przymuszanie do demokracji.
Otaczanie Rosji bazami wojskowymi.
  • Z praw człowieka zrobiliście religię! - podnosi palec do góry, zapominając, że dopiero co zarzucał Europie całkowity brak wartości.
  • Kiedyś był w Europie suprematyzm rasowy, później kulturowy, a teraz macie instytucjonalny - głosi, nie zwracając uwagi nato, że dopiero co gromko przeciwstawiał się "terrorowi politycznej poprawności". - Uważacie, że można nami gardzić, bo mamy gorsze sądy i mniej sprawnie działającą demokrację od was!
  • Juncker jest faszystą! - krzyczy. - Sprzeciwiał się demokratycznemu wyborowi Austriaków, którzy głosowali na Norberta Hofera!
  • A to nie Hofer jest faszystą? - pytam.
  • Nie jest - odpowiada bez mrugnięcia okiem - jeśli jego partia była legalnie zarejestrowana.
Czasem sięga już wyżyn absurdu, twierdząc na przykład, że to nie Rosja znajduje sobie partnerów w europejskiej skrajnej prawicy, tylko zmusza ją do tego zachodni mainstream, który z Rosją nie chce rozmawiać. Na koniec ogłasza, że Polacy i Rosjanie są podobni. Na przykład nie lubią pedałów. Powinni być z tego dumni - oznajmia, a ja proszę go o numer na taksówkę.
Wracam przez piątkową noc. Taksówka stoi w korku. Przyglądam się kierowcom. Jakiś czarnoskóry facet ma na lusterku georgijewską wstążkę. Jakieś dresy chcą się z nami ścigać stuningowaną ładą. Jakiś koleś prowadzi jeepa, na który nakleił jednocześnie symbol transformersów i napis "Spasibo diedu za pobiedu".
Bliżej Czystych Prudów po ulicy galopują dziewczyny na koniach. Pod hostelem siedzą Misza i Artiom i rapują pod whisky. Jointów nie ma, bo Żenia powiedział, że pieprzy to szukanie roboty, i wrócił do Dniepropietrowska.
Na Nowym Arbacie znajduję plakat deputowanego Wiaczesława Łysakowa, który krzyczy: "Władza pod obywatelską kontrolę". Zdziwiłem się: co to za opozycjonista inicjujący niebezpieczne oddolne ruchy? Patrzę na dół plakatu, a tam jak byk napisane: "Jedinaja Rossija".
Odchodzę z oczami w słup.
  • Tylko frajerzy wierzą w demokrację - powtarzam sobie, chodząc po stolicy autokratycznego kraju, która z wyglądu coraz bardziej przypomina Zachód. W którym żyje się, mimo kryzysu, na całkiem niezłym poziomie.
Po cholerę demokracja, skoro, jak tu wszyscy uważają, nie wierzy w nią nawet Zachód? Po co się oszukiwać, wystarczy stworzyć miraż, kopię - i mieć to samo u siebie, tylko bez tego pieprzenia z wolnościami obywatelskimi i polityczną poprawnością. Zamiast lokować swoją partię w wyborczym wyścigu na scenie politycznej, wystarczy wsadzić całą scenę polityczną - od lewicy i liberałów po prawicę i ruchy obywatelskie - do swojej partii.
Patrzę na to udawane, przegięte hipsterstwo i przypominam sobie Berlin, gdzie to wszystko, cały ten bezproblemowy lajfstajl zbudowano na dojrzałej akceptacji, tolerancji i bezwarunkowej wolności, a tutaj próbowano przeszczepić wyłącznie jego formę bez zrozumienia istoty rzeczy. Jako symbol otwartości przyjęto budowanie ścieżek rowerowych, po których mało kto jeździ, i pozwolenie obywatelom na siadanie na trawnikach w parkach.
Ale Moskwa i Piter były miastami orbitującymi. Równie dobrze mogły leżeć na Pacyfiku - klimat przyjemny, morska bryza, a nie tu, w środku eurazjatyckiego gigalądu, gdzie zimą wiucha mrozem, jakby słońce zgasło, a latem bucha żarem, aż lasy płoną.
Moskwa i Piter to nie jest Rosja, bo z resztą kraju nie mają wiele wspólnego, ale jednocześnie to istota Rosji - bo jeśli ściąć te dwie głowy rosyjskiego orła, to ciało nie będzie miało pojęcia, co ze sobą dalej robić.
  • Na prowincji nie istniejemy - mówi Iwan, dziennikarz jednej z liberalnych gazet. - Na opozycję prawie nikt nie głosuje. Nie to, że kochają Putina, czasem go wręcz nienawidzą. Po prostu nie ma nikogo innego, a nas nie traktuje się poważnie. Tylko frajerzy wierzą w demokrację.
  • A wy wierzycie? - pytam.
  • No... - waha się. - U nas jest narracja taka sama jak wszędzie indziej w Europie. Poza jedną rzeczą: nie mamy pojęcia, skąd się u was wzięło to przekonanie, że Putin kogokolwiek najedzie. Przecież tyle wysiłku włożył w zbudowanie swojej pozycji, w kupienie narodu tą całą pseudowesternizacją. Przecież on chce w spokoju dożyć śmierci i rządzić, ile się da, albo namaścić kogoś na następcę - byle nie oddać władzy komuś, komu przyjdzie do głowy wsadzić go do pierdla.
  • Ale jeśli ktoś jednocześnie na potęgę się zbroi i pada mu gospodarka - mówię - to nie może być z tego nic dobrego.
Wzrusza ramionami.
  • Kto wie, czy cała ta akcja z militaryzacją to nie po to, żeby Zachód wiedział, że jeśli będzie pod Putinem dołki kopał, to tutaj dojdzie do takiego samego szaleństwa jak w Libii po Kaddafim. Być może liczy na to, że Zachód wystraszy się takiej perspektywy i zostawi go w spokoju. A dochrapał się pozycji, jakiej chciał. Rosja wstała z kolan. Nikt nie traktuje jej już z litością i pobłażaniem jak za Jelcyna. Po co mu więcej?
Idziemy na piwo. Z nami dziewczyna, Wiera. Wiera pochodzi z Sewastopola, z Krymu. Mieszka w Moskwie, ale jest liberałką, więc w ramach protestu przeciwko aneksji nie chciała wymienić ukraińskiego paszportu na rosyjski.
  • A twoi rodzice - pytam - chcieliby, żeby Krym wrócił do Ukrainy?
  • A skąd! - uśmiecha się. - Oni za Putinem.
  • A ty byś chciała?
  • Eee - myśli. - Teraz, jak tam już wszystko pozmieniali... telefony, banki, policję, wszystko - znowu zmieniać od początku? Ludzie od tego oszaleją. To już może niech będzie tak, jak jest.
Wracam do hostelu. Tam czeka już tylko smutny Sachalińczyk. Artiom wrócił do Kaliningradu.
Tekst jest fragmentem książki pod tytułem "Międzymorze" , zapisu podróży Ziemowita Szczerka przez Europę Środkową, która ukaże się nakładem wydawnictw Agora i Czarne na przełomie 2016 i 2017 r.
*Ziemowit Szczerek ur. w 1978 r., dziennikarz, pisarz, tłumacz. Autor m.in. "Przyjdzie Mordor i nas zje", "Siódemki". Za książkę - "Tatuaż z tryzubem" nominowany do tegorocznych nagród literackich: Angelusa i Nike.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,20538288,tylko-frajerzy-wierza-w-demokracje-ziemowit-szczerek-podrozuje.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.01.11 17:43 SoleWanderer Ziemowit Szczerek - Polska kontra Polacy

http://wyborcza.pl/magazyn/1,149726,19369271,ziemowit-szczerek-polska-kontra-polacy.html
*Wiem, że spamuję Szczerkiem, ale ten znów celnie. Co prawda przed porównaniem Merkel do Havla czy nawet Michnika nieco się wzdragam, ale warto przeczytać. *
Dużo jeżdżę po Polsce. Lubię. Lubię na przykład wjeżdżać na dawne niemieckie terytorium. Patrzeć na wioski i miasteczka i zgadywać, czy to jeszcze dawna Rosja, czy dawne Niemcy. Zatrzymuję się i chodzę po ulicach, patrzę na ten polski nalot na murach, czasem jeszcze obłażących, czasem już wytynkowanych - i coraz bardziej mi się ten polski nalot podoba.
Wyobrażam sobie czasem, jak by to mogło wyglądać teraz, gdyby na tej polskiej Poniemiecji nadal były Niemcy. Porządek. Ordnung. Wyobrażam sobie to w Legnicy, w Zielonej Górze, w Szczecinie - i ziewać mi się chce. Lubię Niemcy, ale zasypiam tam za kierownicą. Ach, to ich obsesyjne nakładanie na rzeczywistość politury, to wygładzanie, czego się da.
Polska, owszem, często przegina w drugą stronę i traktuje tę Poniemiecję trochę jak zapuszczony garaż. Umówmy się: nie używa pozostawionych tu przez Niemców skorup cywilizacji zgodnie z ich przeznaczeniem - ale przynajmniej coś się, Himmelherrgott, w tej polskiej Poniemiecji zaskakującego dzieje.
Bo w Niemczech trzeba sobie cały czas coś mocno wyobrażać, żeby nie zasnąć. Niemcy, owszem, teoretycznie są efektowne, bo są przecież Alpy, dolina Renu, architektura - ale to wszystko jest tak jednorodnie pokryte lakierem wypiększającym, że im się ta cała efektowność rozmywa. Przedobrzyli, Niemczyska. Niemcom jakimś cudem udało się z pięknego, niesamowitego kraju zrobić lukrowany domek dla lalek.
No, nie całego. Ratują się jeszcze, tu i tam, cudowne miejsca w byłym NRD, jakieś Görlitz, Guben, Rugia, te wszystkie piękne, upiornie pustawe miasta przy granicy z Polską. Moje ulubione to zdecydowanie Frankfurt nad Odrą. Puste trupy okien w poopuszczanych blokach z widokiem na Polskę, bo kto może, ten spieprza stąd na zachód. Po pierwsze, sprawy ekonomiczno-cywilizacyjne, ale generalnie być Niemcem i żyć w bloku z widokiem na Polskę to jednak perwera.
Ale to raczej wyjątek. Poza tym jest miło i banalnie ładnie: drobna kostka na chodnikach i napisy szwabachą na białych murach.
Generalnie - Niemiec, które robią wrażenie, pozostaje szukać w polskiej Poniemiecji. Tutaj dopiero je czuję. Czuję horroroidalny spadek tej monumentalnej kultury, która też, kiedyś, dawno temu, chciała przeganiać Zachód, i pod wieloma względami przegoniła. I przegięła, bo dostała od tego przeganiania takiej korby, że pomyślała: a może by tak spalić świat?
Wschód - dlatego że nim gardziła, bo być może gdzieś tam, głęboko, miała niepokojące przeczucie, że z niego wyszła i do niego przynależy.
A Zachód - dlatego, że to on nią wzgardził. Ach, te nachalne umizgi do Brytyjczyków w czasie II wojny światowej odrzucane z obrzydzeniem przez Churchilla. Ach, te pielgrzymki młodych wehrmachtowców, by choć raz zobaczyć Moulin Rouge i udawać, że nie czuje się na wygolonych karkach kpiących spojrzeń paryżan.
No więc próbować przegonić, a następnie - zesrać się, a się nie dać. Żeby było ładniej, to zesranie się a niedanie się nazwano Götterdammerungiem.
Skończyło się tak, że stało się to pierwsze, a to drugie się nie udało, bo się udać nie mogło.
Mamy w domu zdjęcie rozpieprzonego przez Rosjan Reichstagu, serca rozwalonego przez Wschód Berlina. I ten moment, w którym Niemcy przestali nadawać sobie tę słynną formę, wygląda przerażająco. Moment, gdy Wschód liznął Niemcy gorącym jęzorem. Zdarł odprasowany mundur od Hugo Bossa razem z wykrochmaloną bielizną, złachmanił, i kazał włożyć z powrotem. Gdy złapano ich za kark i wykręcono ręce, by przestały opętańczo urabiać rzeczywistość.
I gdy, jak na końcu każdego odcinka "Scooby Doo", zdarto z Niemiec maskę, okazało się, że jest za nią zwykły, wystraszony Środkowoeuropejczyk, który zapadł na manię wielkości połączoną z kompleksem niższości, ale teraz płacze i marzy o tym, żeby się to wszystko już skończyło.
No tak, i teraz Niemcy tak bardzo się same siebie boją, boją się, żeby Jekyll nie przerodził się już nigdy w Hyde'a. W dziedzinie przestrzegania praw człowieka, jakości instytucji demokratycznych, dialogu publicznego stały się bardziej zachodnie niż ten wyobrażony Zachód.
I przestrzegają tych reguł, nawet jeśli, jak by się wydawało, godzi to w ich własne interesy. Bo pojęcie własnego interesu rozszerzyli na całą Unię. W której sprawują hegemonię, być może dlatego, że inaczej nie umieją, ale pewnie też na zasadzie "ktoś musi". Bo kto wie, czy Niemcy nie są ostatnimi, którzy wierzą jeszcze w Unię. A konkretniej Angela Merkel, i to, być może, dlatego, że jest z tego samego ideologicznego sortu co Havel czy Michnik. I kto wie, co się z Unią stanie, gdy w Berlinie znów zapanuje ktoś na kształt Gerharda Schrödera. Bo gdy Niemcy przestaną wierzyć w Unię i trzymać ją w jakiej takiej kupie, to stanie się ta Unia czymś równie pięknym, co teoretycznym. Jak, dajmy na to, ONZ.
Obecnej Polsce nie podoba się europejska hegemonia Niemiec tak samo, jak Rosji nie podoba się światowa hegemonia Stanów Zjednoczonych. Sami sobie, mówi taka Rosja, poradzimy na swojej bliskiej zagranicy. Ale wydaje się, że o wiele mądrzej od Rosji grają Chiny, którym światowa hegemonia Stanów też się nie podoba, ale które zdają sobie sprawę z faktu, że jeśli ta hegemonia upadnie, to upadnie cały układ zapewniający jaką taką światową stabilność, a na czymś takim Chiny mogą tylko stracić, a nie zyskać.
A, umówmy się, świat mógłby mieć o wiele gorszego hegemona niż Stany, przy całym dystansie, który można mieć do polityki przez Stany prowadzonej. Lepszego, być może, też mógłby mieć. Na przykład - choć brzmi to jak mrzonki - Unię. Ale w tej, wiadomo, rządzą Niemcy...
Ale co tam wielki świat. Ja tylko jeżdżę po Polsce. Po polskiej Poniemiecji. Jeżdżę i patrzę. Podziwiam albo kręcę głową. Kiedyś więcej kręciłem, teraz coraz częściej podziwiam. Podobają mi się te poniemieckie wsie, pogubione w lasach albo wśród pagórków, tak bardzo inne od tych z dawnej Kongresówki. Poukładane na czytelnym planie, a nie odbudowujące się co chwila od początku, piętrzące w chaosie coraz to nowszych form.
Podobają mi się poniemieckie miasteczka, porozpieprzane w czasie wojny i zabudowane w czasie socjalizmu blokowymi plombami, z tym kompletnym pogubieniem się, gdzie tu jest głowa, gdzie nogi, z tym triumfalnym zwycięstwem polskości, która zamiast zwycięskich proporców pozatykała gdzie się da szyldy, symbole swoich małych biznesów, jako sztandary zwycięstwa polskiego indywidualizmu nad niemiecką panestetyzacją.
Podoba mi się, mimo że bywa brzydko jak cholera, bo przynajmniej jest ciekawie. Jak jest forsa - to w błyskotki i byle drożej i bardziej chamsko. Jak forsy nie ma - to w co się da. Co jest. Tanizna z sieciówek i co tam kto znajdzie bardziej kozackiego. Dzikość serca, generalnie. I w sumie nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia niemieccy hipsterzy zainicjowali akcję pod tytułem "spluralizujmy na polską modłę swoją totalitarnie uporządkowaną przestrzeń publiczną, bo już nie dajemy rady w tej dyktaturze porządku wytrzymać".
Gdybym ja był niemieckim hipsterem, tobym na pewno taką akcję zainicjował.
Kiedyś za stan polskiej tkanki, polskiego krajobrazu kulturowego winiłem upadek społecznych więzi i brak doświadczenia miejskiego, ale teraz widzę, że była to tylko część prawdy.
Polska wygląda, jak wygląda, bo ostatnimi czasy sama siebie miała gdzieś. No, oczywiście, miała i ma, jak zawsze, na swoim punkcie obsesję, ale na obsesji się kończyło i kończy. Praktycznego wymiaru ta obsesja nabiera tylko wtedy, gdy trzeba pokazać, kto tu rządzi.
Wszyscy tylko zawsze: Polska to, Polska tamto, czy Polska jest mocarstwem, Polska taka, Polska śmaka, narodowo-katolicka, liberalna, lewicowa, tu zdrajcy, tam faszyści, to wieczne "co by było gdyby", a real - pod dywan.
Są ważniejsze rzeczy od nadawania krajowi kształtu. Na przykład unikanie zrozumienia, o co chodzi tej drugiej stronie. To jest polski sport narodowy, uprawiany od lewa do prawa przez centrum. Wszyscy nic, tylko biadolą: "O rany, patrzcie, jakie to złe na nas idzie". W tym ja, oczywiście, biadolę też, bo też jestem Polakiem i też mi się mózg zagotowuje jak woda w chłodnicy. Poza tym są takie chwile, gdy naprawdę ciarki mi chodzą po plecach.
Więc jeżdżę po Polsce i próbuję się uspokoić. Jadę sobie potuskową autostradą na przykład i włączam na przykład Radio Maryja. A tam na przykład seans dumy z Polski. Jakaś kobieta natchnionym głosem ogłasza, że "już Polska nie będzie niczyją służebnicą ni ubogą komornicą", a ja staram się zrozumieć, o co chodzi. Pojąć, czy tu tylko o obsesję idzie, czy jednak o coś więcej. Słucham, jak ktoś deklamuje wiersz Rymkiewicza o carze Północy, spalonym ciele, o tym, że to, co nas podzieliło, to już się nie sklei, i rozumiem, że tu jest mowa o zupełnie innej rzeczywistości. O zupełnie innej perspektywie, patrzeniu na coś, co jest dla mnie przezroczyste.
Więc jadę tą autostradą, zjeżdżam czasem na stacje benzynowe, żeby napić się kawy i ochłonąć. Siadam, wyjmuję komórkę i przeglądam prawicowe portale. Obraz Polski, który się z niej wyłania, to obraz kraju, który w końcu wyzwolił się z niepolskości. A niepolskość, to, wiadomo, głównie rosyjskość i niemieckość. Pętające go do tej pory, wpychające w kondominium.
Bo ja mam wrażenie, że te wszystkie wały, które kręciły poprzednie rządy, są dla prawicy tylko pretekstem, łomem, żeby walić w obrzydłych liberałów, lewaków, z tym ich laicko-kosmopolitycznym zboczeniem. Tak samo jak te wszystkie prawne przekręty, które instaluje teraz prawica, też są w gruncie rzeczy pretekstem. I to właśnie dlatego protesty przeciw podobnym (choć, bez jaj, nigdy na taką skalę) praktykom za dawnych czasów nie były tak punktowane. Tu nie chodzi ani o wały gospodarcze, ani o wały prawne.
Tu chodzi o to, co jest ważniejsze: Polska czy Polacy.
Ci, dla których ważniejsza jest Polska, a nawet, o zgrozo, nie tyle Polska jako instytucja, ale jej warstwa mitologiczna, poprą wszystko, łącznie z wyprowadzeniem wojska na ulicę, by z tej polskości, broń Boże, niczego nie uszczknięto. I wszystko w zasadzie jedno, kto miałby szczkać: Unia, Moskwa, Stany, wrogowie wewnętrzni. Wara, bo Polska jest świętością. Polskość jest wartością absolutną. Za tę dłoń uniesioną nad Polską - wiadomo. Koniec dyskusji.
Ci, dla których ważniejsi są Polacy, a nawet - o zgrozo - nie tyle Polacy, ile po prostu ludzie, wiedzą, że to nie w Polsce istota. Że Polska bogiem nie jest, że można ją relatywizować. Że instytucje państwowe istnieją po to, by zapewniać obywatelom godne i porządne życie, wolność. Więc Polska wmontowująca się coraz mocniej w szerszą konstrukcję, europejską, nie jest niczym złym. Świętością jest człowiek i jego prawo do szczęścia, a jaki kształt będzie miała instytucja, która ma obowiązek mu to szczęście zapewnić - to już inna sprawa. Tak mają ustawioną perspektywę - i już. Koniec dyskusji.
Ale dla tych, dla których Polska jest bogiem, relatywizując - są zdrajcami. Tak samo, mówią, relatywizowali ugodowcy za rozbiorów. Tak samo nie chcieli iść na barykady. W listopadowym, styczniowym. Trzeba było ich za karki na ulicę wyciągać. No więc ci od Polski zdeifikowanej - na te barykady idą. A jeśli nie bardzo jest przeciw komu się bić - to się przynajmniej barykady ustawi i jakoś to będzie.
Bo tu nie chodzi o faktyczne pokonanie wroga. Na to, wszyscy dobrze wiedzą, nie ma szans. Chodzi o wskazanie wroga. O ustawienie go tam, gdzie wróg powinien stać: pod ścianą wstydu, z błazeńską czapką na głowie, z zawieszoną na szyi tabliczką: CHUJ. O ustawienie barykady po prostu, bo to już jakieś wskazanie kierunku. Z Rosją sprawa jest dość prosta: barykadę od rosyjskiej strony wzniosły i "lewica", i prawica, tylko że każdy swoją własną. "Lewica" - dlatego, że Rosja reprezentuje sobą to wszystko, czego "lewica" nie lubi, czyli konserwatyzm, nacjonalizm i mafijną gospodarkę. Prawica - dlatego, że Rosja jest Rosją, a więc smokiem. Wrogiem Polski, po prostu. Bo silniejszy i historycznie wrogi. Instynkt każe więc się najeżyć - i syczeć.
Z Niemcami, Niemiecją nieszczęsną, sprawa jest bardziej skomplikowana. Bo Niemcy to też smok, a jeśli grają takich dobrych, takich humanitarnych, takich demokratycznych i pokojowych - to znaczy, że coś knują. Nie może być inaczej. Jeśli na miejscu Niemiec zabrakło wroga - to trzeba go tam odbudować. Jaki z Niemiec niewróg! - wołają. A Nord Stream? A Nord Stream 2? A Grecja? Chcą nas wszystkich zhegemonić! Chcą z nas zrobić rolniczą Mitteleuropę, rezerwuar taniej roboczej siły, pola uprawne, chłopi w błocie - i na tym koniec. Nie, nie mówię, że z tym czy tamtym nie mają racji. Rzecz w tym, że i jedna, i druga strona ustawia rzeczywistość tak, że wszystko albo nic.
I w tym ustawieniu, w którym wszyscy się właśnie znaleźliśmy, takie rzeczy jak praktyczny wymiar geopolityki czy gospodarki stają się mało ważne. Nieważne, że Polska, która zawsze cierpiała z powodu znajdowania się między Rosją a Niemcami, ma teraz najlepsze z możliwych położenie: jest z Niemcami w jednym bloku, i to z Niemcami nastawionymi prounijnie.
Razem, w najsilniejszym bloku militarnym na Ziemi, gwarantowanym przez Stany Zjednoczone. Nie wiadomo, jak długo Niemcy pozostaną jeszcze przy takiej prounijnej postawie, ale zamiast dmuchać na ten, być może gasnący, ogień, Polska zadeptuje go w rytualnym narodowym tańcu, śpiewając "Rotę".
Tańczy, śpiewa i nie słucha argumentów mówiących, że skuteczniej chroni się własny interes, nie wygrażając czołgom szablami. Bo tu, najpewniej, nie chodzi o skuteczną obronę własnego interesu. Tutaj trzeba odtworzyć porządek mitologiczny. Ten sam, który jest w credo nie tyle Polaka, ile wyznawcy Polski.
A część tego credo brzmi: jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem.
W myśl tego credo Niemcy nigdy nie osiągną takiego stanu, który byłby przez wyznawców Polski akceptowany, tak samo jak szatan nie może się przekwalifikować na anioła. Musieliby się rozwiązać i spolszczyć wszyscy razem, jak Stuhrowie, jak Dietlowie, jak Goetlowie. Bo dobry Niemiec może być tylko Polakiem.
Mam nawet wrażenie, że szef MSZ Witold Waszczykowski, udzielając wywiadów niemieckim mediom, robi, co może, żeby jakoś lawirować między ołtarzem polskiego mitu a twardym gruntem. Żeby do końca wszystkiego nie spaprać, żeby choć wytłumaczyć WTF, jakoś sprowadzić do realnego wymiaru to wszystko, co się wygłasza. Ale zaczynam mieć wątpliwości, czy sam jeszcze wierzy w to, co robi. Bo jeśli minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak z byle powodu histeryzuje o rzezi Woli, to znaczy, że coś się dzieje, jak mawiał klasyk.
Takie są czasy, że gdy świat myśli inaczej niż Polska, to tym gorzej dla świata. Bo świat nie jest Polską. Świat jest w innym świecie, jak Putin po pamiętnym spotkaniu z Merkel. Bo Niemiecja tylko wtedy będzie akceptowalna, gdy będzie, ewentualnie, polską Poniemiecją.
Jak ta tutaj, ta, po której tak bardzo lubię jeździć.
Więc jeżdżę po tej Poniemiecji, patrzę, jak się ogarnia. Raz z głową, raz bez. Raz ze smakiem, raz bez. Patrzę i zastanawiam się, jak długo to ogarnianie się jeszcze potrwa, bo jeśli chodzi o gospodarkę, to raczej też obowiązuje tu zasada, że wieczny ogień na ołtarzu polskości ponad zdrowym rozsądkiem, kursem złotego i ratingami.
Jeżdżę i co jakiś czas trafiam do Świebodzina. Parkuję u stóp Chrystusa Świebodzińskiego, którego uważam za polski totem wbity w ziemię, na której na zmianę rządzili to Słowianie, to Germanie, a aktualnie rządzą Słowianie, którzy, być może, nie dochrapali się takiej jakości cywilizacyjnej, jaką pozostawili tu po sobie Germanie, ale za to z siatkobetonu udało im się zbudować Chrystusa wyższego niż ten w Rio. Co tam, że nie na skale, ale na skalniaku, co tam, że nie przy morzu, ale pośród morza błota - ale nasz, polski. I to jest najważniejsze, i tylko to się liczy. Nic, ale to zupełnie nic innego.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


Tajemnica kobiety z Isdal  Podcast Pierwsza czołówka Magazynu Kryminalnego 997 - YouTube KrAwieC - Po drugiej stronie OBRZYDLIWY GRZYB NAM UCIEKA *przerażające* Magazyn Sportowy Portalu Informacyjnego 'Zachód' Magazyn Żużlowy 09 2019 Penisy, pochwy i rozmiary. - YouTube

Kobieta na Dzikim Zachodzie, odc. 10/13 - Onet.pl

  1. Tajemnica kobiety z Isdal Podcast
  2. Pierwsza czołówka Magazynu Kryminalnego 997 - YouTube
  3. KrAwieC - Po drugiej stronie
  4. OBRZYDLIWY GRZYB NAM UCIEKA *przerażające*
  5. Magazyn Sportowy Portalu Informacyjnego 'Zachód'
  6. Magazyn Żużlowy 09 2019
  7. Penisy, pochwy i rozmiary. - YouTube

Enjoy the videos and music you love, upload original content, and share it all with friends, family, and the world on YouTube. Goście: Ryszard Buśkiewicz i Rafał Łukaszyk Rozmawia: Michał Konieczny. Tematem dzisiejszego odcinka jest jedna z najbardziej znanych spraw kryminalnych w Norwegii, mianowicie kobieta z Isdal. Tajemnica śmierci kobiety oraz reali... Enjoy the videos and music you love, upload original content, and share it all with friends, family, and the world on YouTube. niestety nie złapaliśmy go :This video is unavailable. Watch Queue Queue Oryginał na moim drugim kanale DementoR tam też znajdziecie tekst Komentujcie co mogę poprawić w następnym nagraniu Elo z fartem :) Damian Fedorowicz w rozmowie z nami opowiada o żarskim sporcie, lidze KLZ, konflikcie z Andrzejem Supronem, a także planach na przyszłość żarskiego Agrosu.